Kompozycja, Leonardo i gra na skrzypcach.

Łuków 2017-04-08

Swego czasu chodziłem z Anką na lekcje skrzypiec jako obserwator. Trwało to, tak w przybliżeniu, przez pierwsze trzy lata nauki. Cel mych, niby jałowych, przesiadywań był taki, że miałem w domowych ćwiczeniach dziecku pomagać i ewentualnie przypominać o radach nauczyciela. Skrzypek był starej daty, miał swoje kaprysy, nastroje, nie zawsze był też przyjemny, nie zawsze lubiany, ale miał wiele dobrych zasad, które przekładały się na postępy i ewentualną dalszą karierę uczniów. Wychowankowie zresztą sami mogą najwięcej powiedzieć. Nie szedł na skróty, przywiązywał ogromną wagę do podstaw i dobierał odpowiednie utwory do etapu edukacji, na którym właśnie znajdował się młody wiolinista. Wszystkie zasady gry na instrumencie egzekwował skrupulatnie, raził go manieryzm i wychodził z założenia, że czas na konkursy to będzie po skończeniu akademii. Ile razy poprawiał Ance nadgarstek, kręgosłup, stopy itd. to ona wie najlepiej. Twierdził, że bez odpowiednio wyrobionych podstaw, pewnych utworów nie zagra, bo jest to fizycznie niemożliwe. Nie zdawałem sobie sprawy z jego zabiegów do momentu pewnej konfrontacji. Otóż na jednej z audycji występowali uczniowie owego nauczyciela i jeszcze jednego, trochę młodszego (audycja to taka lekcja, gdzie uczniowie występuję na scenie z zadanym przez nauczyciela repertuarem – można było przyjść, popatrzeć i posłuchać). Moją uwagę przykuła różnica w postawie jednych i drugich uczniów. Ci od seniora byli wyprostowani, można powiedzieć, że bez wad, ci drudzy zaś stali byle jak, przygarbieni, często ze złą techniką. Ci pierwsi zagrali muzykę klasyczną, dość trudną, bardziej wyrafinowaną, nie dla każdego odbiorcy. Ci drudzy natomiast zagrali muzykę rozrywkową, znaną, chwytliwą, prostą w odbiorze i zasadniczo nie wymagającą refleksji.

Dlaczego o tym piszę, o tych skrzypcach i podstawach? Dlatego, że we wszystkich dziedzinach sztuki można wybrać dwie drogi – tę na skróty, i tę trudniejszą, która wymaga od nas przynajmniej przeczytania kilku dobrych książek. „O kompozycji w fotografii” Witolda Dederko nie można przejść obojętnie, wręcz nie można jej ominąć. Nie poddać się tej lekturze to jak zignorować nauki mistrza, któremu zależy na dobrym wykształceniu ucznia. Książka ukazała się w tym roku nakładem Polskiego Wydawnictwa Fotograficznego i mimo że treść jest z 1960 roku, to jest nadal aktualna i pewnie nic w aktualności się nie zmieni aż do końca świata. Lektura zajęła mi dwa dni. Tyle wystarczyło, żeby pobieżnie zapoznać się z treścią, która jest wieloaspektowa i, wbrew tytułowi, wybiega trochę dalej, niż tylko poza suche, techniczne opisy sposobów komponowania obrazu. Witold Dederko sporo uwagi poświęcił relacjom artysta-odbiorca i wg mojej oceny jest to bardzo ważna strona fotografii. Muszę też zwrócić uwagę na zamieszczone wewnątrz zdjęcia, które są ilustracjami do tekstu. Wszystkie fotografie są czarno białe i są bezbłędnie dobrane do akurat omawianych zagadnień. W czasach gdy dostęp do wszelkiego sprzętu fotograficznego jest praktycznie nieograniczony, gdy obok nazwiska wystarczy dopisać photography by wypłynąć na szerokie wody sławy, warto tę książkę przeczytać by choć trochę uniknąć fotograficznego banału i poczuć na sobie delikatny powiew fotograficznej sztuki.

A Leonardo Da Vinci? Po prostu przerwałem lekturę jego biografii dla „O kompozycji w fotografii”. Ale to nie tylko to. Otóż warto śledzić mistrzów malarstwa ponieważ do perfekcji mieli opanowane zasady kompozycji. Nic nie pozostawiali przypadkowi, o czym zresztą napisał Dederko, a do swojej twórczości stosowali powszechnie matematykę. Pewne zasady są niezmienne, świetnie to widać w obu książkach. Zresztą chyba nawet Da Vinci był odkrywcą perspektywy powietrznej, a na pewno stosował ten patent w swoich obrazach, a autor „O kompozycji…” również zwraca uwagę na ten element wyrazu. Nie tylko zresztą na ten. O reszcie musicie dowiedzieć się sami – najlepiej z obu lektur.

„O kompozycji w fotografii” można kupić tu: http://fotosklepik.dybowski.pl podobnie jak dwa wcześniejsze tytuły.

P.s. Czarku, bardzo dziękuję za egzemplarz „O kompozycji w fotografii”, a jeszcze bardziej za to, że w tej bardzo ważnej dla fotografii książce znalazło się jedno z moich zdjęć. Jestem dumny i jest mi niezwykle miło. Oprócz tego mam +5 do prestiżu 😉

Kolor czy czarno-białe?

Łuków 2017-03-30

Pewnie nie ja pierwszy i nie ostatni zadaję to pytanie odnoszące się do zdjęć. Kolor czy czarno-białe? Lubię kolor na zdjęciach ale zdjęcia b&w mają to „coś” i jak tu dokonać wyboru?. Oczywiście nie każde zdjęcie nadaje się żeby pokazywać je bez koloru, a niektóre wręcz koloru się domagają i to takiego soczystego. Wybór często też zależy od naszych preferencji. Ktoś powie nie, nie – mi czarno biała fotografia w ogóle się nie podoba, drugi zaś stwierdzi: o tak, więcej zdjęć bez koloru poproszę. No cóż, prawdopodobnie ta kwestia nigdy nie zostanie dostatecznie rozstrzygnięta, ale warto porozmawiać. Które więc zdjęcia będą lepiej prezentować się w czerni? Myślę, że zdjęcia reporterskie, zwłaszcza te, na których dopisało światło i treść, aż się proszą o zdjęcie koloru, no może typowo dokumentalne nie, ale to wyjątkowa sytuacja – to takie zdjęcia dla potomnych, żeby mogli zobaczyć jakiego koloru spodnie nosił Elvis P. Wszelkiego rodzaju portrety, gdzie autor operując światłem potrafi wydobyć charakter modela. Zdjęcia, w których chcemy osiągnąć nieco nostalgii lub dodać sobie +5 do artyzmu też. Tak, niektóre pejzaże też. Sportowe? Też, ale pewnie nie wszystkie, bo właśnie w tej kategorii kolor odgrywa ważną rolę. A jak to jest ze zdjęciami czarno białymi w fotografii ślubnej? Nie ma lekko. Na ogół odbiorcy tej fotografii wolą kolor, albo np. 70% zdjęć kolorowych i 30% czarno białych, ale były też osoby, które mówiły: „o jaka szkoda, że tak mało jest fotografii b&w” – i takich klientów lubię. Kilka miesięcy wstecz, oglądaliśmy z kolegą nasze stare zdjęcia, w zasadzie pełne reportaże. Zastanawialiśmy się czy dotyczy nas jakiś progres, czy może stoimy w miejscu. Na szczęście jest postęp i robimy coraz lepsze zdjęcia ale zmierzam do czegoś zupełnie innego. Zdjęcia czarno białe, nawet takie, które były robione 10 lat temu wyglądały bardzo dobrze – kolor natomiast różnie. I od tamtej pory nie daje mi to spokoju. Cały ten ‚wywód” podsumuję zdjęciem Jerzego Styczyńskiego, który jest gitarzystą w zespole Dżem. Jest to typowe zdjęcie koncertowe, reportażowe, portretowe, całkiem dobrze oświetlone i z odrobiną emocji, a na dodatek czarno białe. I to by było na tyle.

 

Siekierezada – lektura po godzinach

Łuków 2017-03-22

Film „Siekierezada” oglądałem kilka razy. I to był błąd. W jakiś dziwny sposób akcję umiejscowiłem w Bieszczadach, a rzeczywistość jest taka, że nic nie dzieje się w Bieszczadach, wręcz przeciwnie, w drugim końcu Polski. Ale nie to jest najgorsze – obrazy z filmu wryły mi się tak mocno w pamięć, że mam trudność w wymyśleniu swojego Janka Pradery i całej reszty książkowych postaci. Może to też świadczyć o tym, że film był zrobiony bardzo dobrze. Na tym koniec rozwodzenia się nad dziełem Edka Stachury. Przeczytałem, prędko nie zapomnę, spojlerował nie będę. Ale czemu ta Siekierezada? Dlatego, że bardzo lubię las. Ten ulubiony las przewija się przez całe moje życie. W fotografii też. Śmieję się razem z moim dobrym kolegą, że fotografowaliśmy pary młode w lesie zanim stało się to modne. Tak, tak – gdy większość fotografów szalała w gruzach, w starych fabrykach, w miastach, na Warszawskiej Starówce, w pałacach itp – mnie zawsze ciągnęło do lasu. No i proszę, od dwóch lat coraz więcej takiej fotografii. To z jednej strony cieszy a z drugiej trzeba będzie włożyć więcej pracy żeby mimo wszystko w tłumie leśnych fotografów czymś się wyróżniać. Po to są właśnie książki. Studnia bez dna do czerpania inspiracji. Pomagają w ćwiczeniu wyobraźni i myśleniu obrazami co później przekłada się na lepsze prace. Oczywiście potrzebny jest do tego wszystkie rekonesans, znajdowanie i zapamiętywanie nowych miejsc. Krajobraz, niestety, bardzo szybko się zmienia i pewne okolice, które do fotografii nadawały się idealnie po prostu już nie istnieją w sensie fotograficznym. Można trawestować Twardowskiego – śpieszmy się fotografować krajobraz, tak szybko odchodzi. A tak sobie wyobrażałem bohaterów Siekierezady, fotografując również po godzinach, w oderwaniu od fotografii ślubnej.

Street photography, czyli fotografia uliczna

Łuków 2017-03-08

Gdyby odnieść tę dziedzinę fotografii do świata muzyki?  Który gatunek byłby najbardziej odpowiedni? Z pewną dozą nieśmiałości mogę powiedzieć, że jazz. Tak jak jazz łączy style, pozwala na interpretacje, improwizacje itp. i można powiedzieć, że grany jest „na bieżąco”, tak też streetfoto jest zapisem chwili, jakiegoś kaprysu losu, który sprawia, że zdjęcie jest interesujące, niepowtarzalne i w jakiś sposób zaimprowizowane z otaczających fotografa elementów. Ten rodzaj fotografii jest bardzo trudny i kto próbował ten wie. Estetyka ulicy, podobnie jak jazz, też nie wszystkim musi się podobać – ale tu ocieramy się o sprawy pewnego wyrobienia i obycia w świecie obrazów. Ktoś może zapytać „co ma fotografia uliczna do np. fotografii ślubnej”? Ano ma. Po pierwsze, jest to kapitalne ćwiczenie na spostrzegawczość. Po drugie: jeżeli ktoś nauczy się robić coś z niczego to i na ślubie będzie mu łatwiej. Oczywiście inaczej wyglądają zdjęcia streetowe z takiego miasta jak Warszawa, a inaczej z jakiegoś małego zapuszczonego miasta – co nie oznacza, że są gorsze. Dziś zdjęcie, które trafiło do Galerii Street Dogs of Poland.

Dwóch fotografów na ślubie

Łuków 2017-03-06

Od czasu do czasu pracujemy we dwóch. Dzięki temu reportaże są bardziej „soczyste”. Drugi fotograf może skupić się na mniej oficjalnych wydarzeniach, może zająć się eksperymentowaniem. A po godzinach Piotr robi takie zdjęcia jak to niżej. Dwóch fotografów na ślubie to przede wszystkim bezpieczeństwo klienta, mimo nieco wyższej ceny. No bo gdyby jeden fotograf nagle poczuł się źle… to zawsze jest drugi. Ale jeśli obaj się czują dobrze to jest więcej zdjęć i są to zdjęcia z różnych perspektyw. Na blogu jest wpis gdzie są zdjęcia ślubne z Warszawy, które robiliśmy na cztery aparaty. Czy warto? Musicie ocenić sami. Wpis znajdziecie bez trudu i bez trudu zorientujecie się, że zdjęcia były robione przez więcej niż jednego fotografa.

Fotograf ślubny po godzinach

Łuków 2017-03-04

Po pojawieniu się w moim życiu aparatów fuji z serii x wróciła mi chęć do fotografowania. Po prostu jest to coś w rodzaju głodu, który sprawia, że nie mam chęci rozstawać się z aparatem. Dlatego w tym miejscu będę zapisywał, pewnie bardzo nieregularnie różne swoje przemyślenia. Raz za pomocą tekstu a dziesięć razy za pomocą jakiegoś zdjęcia. Dzisiaj zdjęcie, które bardzo lubię – takie moje drugie ja.